0

Bolesław Wieniawa-Długoszowski „Pierwsza potyczka”

(…) opowiem ci kolego i przyjacielu, jak się rzecz miała pod Kielcami w dniu 12 sierpnia 914 roku.

Otóż dnia tego jako pierwszy strzelec wjechałem do Kielc na szpicy patrolu konnego Beliny, idącego w przedniej straży Kompanii Kadrowej. Według rozkazu zatrzymawszy koło katedry mego fornalskiego kasztana, stanowczo gorzej czującego się pod siodłem, niż ja w siodle, z karabinem opartym na udzie, czarny od słońca, pyłu i potu, lecz dumny, jak organista w mej rodzinnej Bobowej z podwójnego wola, w oczekiwaniu głównych sił ówczesnej polskiej kawalerii (czternastu konnych patriotów wraz ze mną)pozwalałem się obgapywać coraz liczniejszej gromadzie kieleckich autochtonów przeważnie mojżeszowego wyznania, ciżbiących się dookoła mnie z ciekawością widocznie większą od widocznego także lęku i niedowierzania.

Wkrótce, oznajmiony niemilknącą prawie nigdy piosenką, wjechał w rynek mały oddziałek o wyglądzie niewątpliwie bardziej wojowniczym, niż wojskowym. Na rozkaz zsiedliśmy wszyscy z koni z wyjątkiem jednego Skauta-Bankiewicza, którego Belina wysłał jako jedyne ubezpieczenie na wylot szosy warszawskiej. Ledwie jednak zdążyliśmy szklanką piwa przepłukać spieczone gardła i wypalić kupione w pobliskim kramie papierosy, zaledwie zawsze przewidujący Hanka-Kulesza, z myślą o ewentualnym noclegu z wygodami, zaczął zalotny przegląd postaci niewieścich , nierzadkich wśród otaczającego nas ciągle tłumu, gdy nagle usłyszeliśmy wystrzał karabinowy, a wkrótce potem, wyprzedzony stukotem kopyt po bruku, przygalopował Skaut.

– Wyszedł na mnie patrol kozacki w sile jaki dwudziestu ludzi – meldował z daleka.

– Do koni! – zakomenderował Belina. – Za mną, galopem, marsz!

Zadźwięczały podkowy na rynku, opustoszałym w magicznie szybki sposób.

– Psiakrew – może do licha – nareszcie coś z tego będzie – kląłem pod nosem, zaciekłą ostrogą zmuszając do galopu mego leniwego kasztana w podnieceniu, jakiego człek doznaje w chwili, kiedy go mają przedstawić kobiecie, w której od dawna przeczuwa nieokreślone, lecz pewne możliwości i – co milsze – niebezpieczeństwa, lub przed egzaminem z przedmiotu, studiowanego z wyjątkowym zamiłowaniem.

Dopadliśmy tymczasem ostatnich miejskich zabudowań. Moskali ani śladu. Ruchem ramienia zatrzymał Belina oddział, po czym, rozglądnąwszy się dokoła, przywołał stojącego opodal wyrostka.

– Widziałeś kozaków?

– To – panie – były draguny.

– Niech ci będzie draguny. Gdzież oni się podzieli?

– Odjechali z powrotem.

– Pojedziemy za nimi, panowie – zwrócił się do nas z obywatelską komendą Belina – jazda!

– Panie! Panie! – krzyknął półgłosem młody „tambylec”- oni są tam na folwarku.

– A daleko ten folwark? – zapytał nasz komendant.

– Niedaleko, panie.

– Co to znaczy, to twoje niedaleko. Będzie wiorsta czy mniej?

Młodzieniec poskrobał się za ucho i po chwili skupionego wahania, z dokładnością nader często spotykaną u mieszańców naszej Ojczyzny, odpowiedział: – Może będzie wiorsta, a może ze dwie, ale niedaleko. Z ogrodu poza domem to go widać przez pole.

Z koni! – zagrzmiał głos Władka Beliny. – Konie uwiązać u płotu – przy koniach zostanie Kolec. Reszta za mną!

W kilka minut później z mizernego podmiejskiego sadziku o pięciu śliwach, trzech gruszach i dwóch jabłoniach z dodatkiem kilku krzaczków agrestu i porzeczek, przy jednej grzędzie zsadzonej w połowie kapustą i burakami, a w połowie tyczkową fasolą, cynobrem gdzieniegdzie kwitnącą, wyskoczyliśmy pojedynczo na pole.

Jednym rzutem oka ogarnąłem cały dokoła widok: tuż przed nami rozległe żytnisko, za nim pas jaskrawej zieleni, pewnie bagienko, dalej zagony kartofli i nie zżęty jeszcze owies, w końcu – w odległości1000- 1200metrów, za zielonym murem, ukryty w bukiecie ciemnej zieleni i tylko dachem nad czuby drzew i krzewów sterczący, folwarczek: na prawej najpierw jakaś fabryka, dalej wzdłuż ścierniska linia nadbrzeżnych prawdopodobnie chaszczów i wiklin, za nią w tyle zalesione wzgórza; na lewo kilka domków i ciągnąca się wzdłuż szosy aleja drzew zamykały horyzont.

Równocześnie rozległa się komenda: – Tyraliera – odstęp dziesięć kroków – kierunek na folwark – marsz!

Rozsypaliśmy się po ściernisku, posuwając się naprzód chyżymi krokami, Szedłem na prawym skrzydle obok Janusza Głuchowskiego. Tuż koło mnie na lewo maszerował rozpromieniony Skaut-Baniewicz, obok niego olbrzymi Rudzieniec, za nim Bończa-Karwacki, dalej Antek Jabłoński (świeć Panie nad ich bohaterskimi duszami. Trzej pierwsi padli w legionowych bojach – Antek zginął w 1920r. Jako dowódca 11p. ułanów). Belina kroczył w środku tyraliery, lewe jej skrzydło zaś stanowił Stach Skotnicki.

Uszliśmy tak kilkadziesiąt kroków, gdy nagle – o,. słodyczy pierwszego pocałunku – nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, – zaczęło się.

– Pfsi i i i i!- bac! -0 gwizdnęła pierwsza kula, ścigana mniej chybkim odgłosem wystrzału, za nią druga, trzecia, czwarta, Dragoni otwarli na nas ogień.

Póki życia nie zapomnę tej chwili i tego co się ze mną działo(…).posuwałem się wraz z innymi naprzód. Strzały rosyjskie zgęstniały, nie robiąc nam zresztą żadnej krzywdy.

– Biegiem – marsz! – doleciał mnie rozkaz Beliny.

Ciągle bez strzału z naszej strony puściliśmy się truchtem ku folwarkowi. W pewnym momencie, odwróciwszy si ę za siebie, zobaczyłem jakiegoś cywila, który o dwa, trzy kroki w tyle biegł między mną a Januszem Głuchowskim.

– Rodaku – do najjaśniejszej cholery! Czyś pan z byka spadł> Po jakiego diabła osoba pęta nam się pod nogami, jak rozegzione ciele po warzywnym ogrodzie. Te psiekrwie bardzo nieostrożnie strzelają i mogą łatwo cywilne ciało w jakimś delikatnym miejscu przedziurawić – krzyknąłem nań w formie życzliwego ostrzeżenia, nie zwalniając kroku. Mój szlachetny nieznajomy jednak, również nie przestając biegnąć, z miną wymownie świadczącą, że mego pyskowania nie bierze ani do serca, ani do rozumu, zaczął grzebać za czymś rękami pod połą zupełnie wypłowiałego paletka i odkrzyknął mi przy tym rezolutnie:

– Nie bój się pan o mnie. Dam sobie jakoś radę. Mam i ja na tych draniów niezły instrumencik.

Tu wyszarpnął spod palta duży pistolet Mausera z kolbą i zademonstrowawszy mi go festem triumfalnym a groźnym, zabrał się gorączkowo do składania go.

– Padnij! – rozległa się komenda.

– Bolek! – krzyknął na mnie Janusz Głuchowski w chwili, kiedy wyciągnęliśmy się między zagonkami – widzisz tego hycla – tam w dymniku. Walże w nie3go, jeśli strzelasz celnie!

Nie więcej jak 500 metrów dzieliło nas od folwarku.

Bez trudu wypatrzyłem tego hycla, nastawiwszy więc celownik mego manlichera, podniosłem się z ziemi i z kolana wziąłem na cel szarzejącą w dymniku postać.

Tremę miałem okropną, toteż ów hycel razem z dymnikiem, za dachem i całym folwarkiem tańczył mi wokół muszki karabinu w sposób zgoła idiotyczny. Zdecydowany, pociągnąłem za cyngiel.

– Bac! – zagrzmiał mój pierwszy strzał.

Repetując broń śledziłem za efektem mego debiutu.

– Siedzi bydlak – bodaj skisł we własnym smrodzie – skląłem głośno mą niedoszłą ofiarę i po raz drugi przyłożyłem broń do oka.

– Bac – bac! – gruchnęły dwa strzały, bo równocześnie ze mną strzelił Skaut.

– Bac! – huknął na prawym skrzydle trzeci strzał, a zarazem nad moim prawym uchem rozległ się łomot straszliwy. To nasz nieznany sprzymierzeniec zabawił się w karabin maszynowy ze swego mauzera.

Choć marnemu cywilowi wytknąć jego niefachowe zachowanie się w ogniu, a w pierwszej mierze niepotrzebne trwonienie amunicji, spojrzałem nań wzrokiem karcącym, , niepomny, że w najlepszym przypadku braliśmy braliśmy w danym momencie wspólny chrzest ogniowy. A być może, że on ze swego mauzera już w 1905 roku do żandarmów i szpiclów już grzmocił i może już wówczas słyszał świst moskiewskich kul.

Ta refleksja przyszła mi do głowy znacznie później. Wtedy p[o prostu byłem wściekły na owego obywatela, który tak ni stąd ni zowąd,zdobył sobie zaszczyt uczestniczenia w naszej pierwszej potyczce.

Skończyła się ona bardzo prędko. Zaraz po naszych strzałach zniknął ów dragon z dymnika, przestały gwizdać kule i po chwili, posuwając się znowu naprzód, ujrzeliśmy na prawo za folwarkiem gromadkę jeźdźców uciekających wyciągniętym galopem ku północy. Skoczyliśmy więc do koni, by puścić się za nimi w beznadziejną wobec dzielącej nas odległości pogoń.

Taki przebieg miało nasze pierwsze stracie z Moskalami, pozbawione jakichkolwiek epizodów bohaterskich – najzupełniej nieciekawe taktycznie – ot, kilka strzałów obustronnie wymienionych i koniec.


 

Redaktor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *